+5
arturro 14 października 2015 02:17
Image

VAMA VECHE

Vama Veche cieszy się w Rumunii sławą nadmorskiej alternatywy wobec obsadzonych dyskotekami i kurortami innych miejscowości wybrzeża. Niegdyś była lokalną mekką hipisów i różnych freaków, którzy rozbijali się tutaj dziko na plaży. Teraz powstało nieco więcej hotelików, kempingów, hosteli i droższych retauracji, ale nadal młodzież alternatywna ciągnie bardziej tutaj, niż do miasteczek Jowisz, Saturn, Jupiter, czy jak tam nazywają się te astronomiczne kurorty na wybrzeżu.

Image
mapa ze strony http://romaniatourism.com

Zatrzymuję się w hostelu za 45 lei. Wieczorem decyduję, że zostanę tutaj jeszcze jeden dzień, więc nie robię sobie wczesnej pobudki. W nocy dopada mnie dziwny ból żołądka, który odbierze mi apetyt na trzy dni. Rano plaża pachnie sfermentowanymi wodorostami. Decyduję się spakować i jednak dzisiaj dotrzeć nad Dunaj.

Image

W najbliższych dniach wielokrotnie o przekonam się, że internetowe informacje nt. Rumunii bywają zwodne. Według netu bus z Vama Veche do Mangalii kosztuje 3.5 lei - kosztuje 4.5. Jeździć ma co pół godziny - stoję na przystanku prawie godzinę. Rozkład na autogari.ro mówi o prawie dziesięciu połączeniach z Konstancji do Warny (wszystkie tej samej firmy). Pojazdy długie, krótkie, z netem i bez, z telewizją i bez telewizji, ale w okienku usłyszymy, że jest tylko jeden bus o 10 rano. Pewnie firma informowała serwis o zmianach rozkładu, no to dodawali informację o nowym połączeniu - ale nie usunęli wieści przeterminowanych. Internet mówi, że mikrobus do Braili zatrzymuje się obok lotniska, ale facet, który ten pojazd prowadzi, jest innego zdania. Na autogari.ro są jakieś “cursa rapida” z Konstancji na lotnisko w 15 minut. Nie wiem, nie próbowałem, ale w życiu w to nie uwierzę, bo musi to być spisek i jawna kpina - z samego miasta wyjeżdża się dobre pół godziny. I dalej: wspominany wyżej kurs do Warny miał kosztować 70 lei - kosztuje 90 (ale do Złotych Piasków tylko 70). Dworzec Tomis powinien być na Str. Zburatorului - jest na Str. Soveja - parę km dalej. Na forach można znaleźć informacje o kempingu, który de facto już nie istnieje (no, bywa, tak to z forami) lub odnieść wrażenie, że bilet na rejs z Tulczy do Sulimy kosztuje kilkanaście lei, podczas gdy od 2015 ceny biletów na promy w głąb Delty Dunaju dla przyjezdnych są trzy razy wyższe. Zresztą tak jest również z informacjami pozyskiwanymi na miejscu. Co innego na temat poniedziałkowego rejsu mówi pani w sklepie przy porcie w Mila23 (że promu nie ma i pływa tylko prywatna łódź), a co innego obsługujący ów port mężczyzna (że prom oczywiście jest) - i to wszystko zaledwie 20 metrow dalej, tylko kilka minut później. “Restauracja” w Kryszaniu okazuje się przerośniętą knajpą z trzema gatunkami piwa. Na jej drzwiach jest kartka o codziennych kursach łodzi z Sulimy i Tulczy (innych niż prom), ale barman twierdzi, że dziś nic nie popłynie, bo jest niedziela. Potem niemieccy turyści przychodzą z informacją, że coś ma płynąć, akurat w tych godzinach, o jakich mówi kartka. Oczywiście wszystkie te niedogodości i nieścisłości mogą dokuczyć, ale da się z tym żyć - trzeba tylko liczyć się z potencjalnymi komplikacjami. Niestety nie znam innego internetowego rozkładu rumuńskich autobusów niż autogari.ro. Stronka ta bywa pomocna, ale z uwagi na ilość błędów należy traktować ją z daleko idącą ostrożnością i weryfikować informacje na dworcach.

By dostać się z Konstancji do Tulczy, muszę zmienić dworzec na położony w innej części miasta. Szczegółowe informacje na ten temat uzupełnię niedługo w stosownym miejscu na forum.

Image
Konstancja - Tulcza, dworzec Tomis III na północy miasta

Dojeżdżając do Babadag, przypominam sobie o książce Andrzeja Stasiuka. Właściwie myśl o Delcie zaczęła się od tej lektury. Teraz do niej wracam, bo mam kopię na czytniku. Babadag jest takie, jak uwiecznił je pisarz - dziesięciominutowy postój, wieża minaretu, kurz na ulicy. Zwyczajność, która na głośne trzy sekundy eksploduje żywiołową muzyką, gdy przejeżdżamy obok budynku, w którym chyba odbywa się wesele.

Image
Rozkłąd jazdy autobusów w Tulczy 2015

W Tulczy jestem późnym popołudniem. Oczywiście jest już za późno, by płynąć dzisiaj w dół rzeki. Realizuję plan awaryjny.

DELTA

W swoich przedwyjazdowych notatkach znajduję informację o kempinach w miejscowościach Mahmudia i Murighiol na zachodnim brzegu prawej odnogi Dunaju. Jadę autobusem do Mahmudii (10 lei) i rozpytuję o kemping. Pudło. Moze i było jakieś pole, ale to przeszłość. Mocno podpity rybak proponuje mi nocleg u siebie. Za darmo, za spasiba balszoj, ale grzecznie odmawiam. Takie oferty kończą się łażeniem po knajpach przez pół nocy, a potem i tak wściekła żona gospodarza wywala was obu za drzwi.

Trafiam do gościńca, gdzie dostaję pokoik za 40 lei. Myślę, że mają tam wyższe ceny, ale właściciel wziął poprawkę na to, że pytałem o miejsce pod namiot. Z mojej obserwacji wynika, że w Rumunii poza lokalną walutą warto mieć trochę euro w portfelu. Ceny noclegów zazwyczaj padają w dwóch walutach: “60 lei, bardzo tanio, to tylko 15 euro”, “10 euro, czyli 50 lei”, “45 lei - 10 euro”. 10 euro to w rzeczywistości 43-44 leje, więc oceniamy, która cena lepsza i płacimy w danej walucie.

Image
mapa z serwisu http://romaniatourism.com

Gospodarze częstują mnie świeżą rybą. Jako że cały dzień mdliło mnie na sam zapach jedzenia, jestem bardzo głodny. Rybka jest pyszna i wchodzi bezinwazyjnie, ale daję radę zjeść tylko pół. Gdybym przeczuwał, że będzie to moja jedyna ryba w najbliższych dniach, jeśli nie liczyć makreli z puszki, to zmusiłbym się do zjedzenia całej...

Image

O świcie biorę kawę ze sklepu i siadam nad rzeką. Na nabrzeżu stoją rybacy, robotnicy wprowadzają na mały prom koparkę. by przeprawić się na drugi brzeg samochód terenowy, ktoś wita się ze mną “buen dominiaca” i siada na sąsiedniej ławce. Miasteczko żyje od rana. Ludzie ustawiają się w długiej kolejce do obwoźnej masarni, ktoś na wózku przewozi butlę z gazem, jeżdżą samochody, konie ciągną wozy.

Image

Mógłbym tutaj poczekać na prom z Tulczy i popłynąć do Sfintu Gheorghe - wioski przy ujściu prawego koryta Dunaju - ale mógłbym tam zostać tylko dwa dni, bo w poniedziałek nie pływa prom powrotny. Dlatego o dziesiątej jadę busem do Tulczy (10 lei) i kupuję bilet na połączenie Tulcza - Crisan - Mila23 (50 lei). Poniżej zdjęcia rozkładu promów i cennik. Dla przyjezdnych obowiązują te wyższe ceny.

Image
Image Image

Crisan będę nazywał Kryszaniem - nie wiem, czy słusznie, ale podoba mi się taka wersja.

Prom odpływa z o 13.30. Większość pasażerów płynie do końca, do Sulimy, u ujścia głównej odnogi Dunaju, jednak prom zatrzymuje się po drodze w kilku miejscowościach. Ludzie wyładowują na brzeg małe i duże zakupy, worki z ziemniakami i wersalki, promem przypływa też poczta i zaopatrzenie dla sklepów. To dla mieszkańców wiosek w Delcie jedyne publiczne połączenie z resztą świata - sześć razy w tygodniu do Tulczy, sześć razy do Sulimy. Poza tym pozostają prywatne łodzie motorowe. Ciężko byłoby tu żyć bez łodzi.

Image

Image

Na pokładzie dużo ludzi, zarówno lokalnych, jak i turystów. Rejs "uprzyjemnia" radio z głośników. Na szczęście po odbiciu od portu załoga otwiera wejście na górny pokład, skąd jest lepszy widok i jest mniej ludzi.

Image

Image

Image

Główna odnoga Dunaju pełni rolę wodnej autostraty, a więc łodziostrady. Pływają tu małe i duże statki wycieczkowe, motorówki rybaków, wielkogabarytowy transport towarowy z Morza Czarnego w głąb kontynentu i małoformatowy transport ludzki z wioski do wioski. W Kryszaniu można przesiąść się na mniejszą łódź i odbić od głównego koryta w lewo, do wioski Mila23 lub w prawo, do wsi Caraorman.

Image

Image

Po przesiadce zaczyna się bajka. Dalej płyniemy szerokim korytem, ale jest spokojniej. Rybacy kołyszą się na swoich łodziach, czasem wśród zarośli pokaże się rozbite obozowisko. Jest więcej dzikiego ptactwa. Stoję na dziobie łodzi. Mimo że jest spokojnie i niemal bezwietrznie, to czuć sąsiedztwo żywiołów. Naprawdę tutaj jestem!

Image

Image

Postanawiam, że jak ktoś mnie sam zaczepi z kwaterą, to pogadamy, a jak nie, to rozejrzę się za jakimś miejscem, by rozstawić namiot. Mila 23 to nieduża wioska, może sto numerów. Budynki ciągną się głównie wzdłuż nabrzeża. Nie zaczepiany przez nikogo schodzę z łodzi i idę w prawo, wzdłuż brzegu. Wędruję tak i wędruję, aż skończą się zabudowania, potem jeszcze parę kilometrów przez pola i w końcu rozstawiam namiot - w szuwarach przy jednym z bocznych kanałów.

Image

Image

Cóż to była za noc! Wreszcie jestem otoczony przez przyrodę i nie obowiązuje mnie poranny check-out. Ważki, komary, szerszenie - nad namiotem latają tysiące owadów, zewsząd dobiegają odgłosy życia, słychać żaby i ptaki. Co jakiś czas coś wpada na ścianki namiotu. Jest trochę twardo, bo nie mam karimaty, a namiot stoi na zaschniętym w kamień błocie, wydeptanym w fantazyjnego baranka przez krowy, gdy poziom wody był wyższy. Nietrudno się domyślić, że krowy trochę od siebie do tego błota dodały. Gdy rano wystawiam głowę z namiotu, nad wodą i szuwarami jest mgła gęsta jak wata cukrowa. Wielkie krople wody siedzą na powierzchni tropiku.

Image

Image

Delta Dunaju znana jest z różnorodności ptactwa. O ile przy głównych szlakach wodnych te ptaki pokazują się mniej chęnie, to tutaj rządzą niepodzielnie i na każdym kroku widzę jakieś okazy. Mój aparat ma lekki defet, przez co nie ma sensu próbować nim robić zdjęcia z przybliżeniem - dlatego odpuściłem sobie zabawę w fotograficzne ptasie łowy, ale i tak żałowałem, że wyszedłem z namiotu w kapciach, na krótki spacer, bez aparatu, gdy na tle chmur zobaczyłem cztery pelikany siedzące na gałęziach wyschniętego drzewa nad moczarami. Nie znam się na ptakach, ale to musiały być pelikany;) O ile przy głównych odnogach rzeki ptaków nie widzi się aż tak dużo, to w bocznych zaciszach jest ich nieprzebrana obfitość.

Image

Image

Wychodzi na to, że przeczytałem Stasiuka, by wybrać się w Deltę, a w Deltę przyjechałem, by jeszcze raz przeczytać Stasiuka. Wraca mi się do tej książki znakomicie wyszukuję fragmenty o Sfintu Ghoerge, Sulimie i rzece. Wszystko się zgadza. Narracja pasuje do atmosfery miejsca. Kolejne zdania przepływają majestatycznie tak jak ciężkie fale Dunaju, szeroko zagarniające i smiało dzielące przestrzeń.

Image

Image

Siedzę pod drzewem nad rzeką, czytam, patrzę na konie pasące się na drugim brzegu, obserwuję motorówki i statki oraz fale, które powstają po ich przepłynięciu. W pewnej chwili postanawiam wejść w klapkach do wody. Robię dwa kroki i okazuje się, że trzeciego już nie wykonam. Po łydkę zasysa mnie muł na dnie rzeki. Naniesione przez Dunaj z głębi kontynentu fragmenty materii nie pozwalają ruszyć się w żadną stronę. Z trudem się wyswobadzam, ale klapek zostaje. Tak ławo go nie oddam! Zbyt wiele razem przeszliśmy - w sensie dosłownym. Jeszcze raz wkładam stopę w dziurę w mule, nim dno ostatecznie się zasklepi. Nie pozwalam, by mój niebieski, wysłużony towarzysz nieznanej marki Kaidinuo został na lata elementem dna rzeki na dwudziestej trzeciej mili od Tulczy. Udaje się wyjść z przygody bez strat.

Image

Spędzam cały dzień dość statycznie. Trochę włóczę się po Mili, jednak wioska nie ma zbyt wiele do zaoferowania: zamknięte muzeum folklorystyczne i czynna do północy knajpa typu flipery i piwo. O ile dusza czuje się syta, to cżołądek trochę marudzi. Liczyłem na kilkudniową solidną rybną wyżerkę, bar jednk oferuje kilka piwek, ale z jedzenia tylko słodkie ciastka i pizzerki z mikrofalówki. W sklepie kiełbasa, ser i piwo. We fliperach tylko alko. Rybkę zjesz tylko po znajomości. Decyduję, że nazajutrz rano popłynę promem do Kryszania. Chciałbym płynąć dalej do Sulimy, ale jest niedziela i prom nie kursuje.

Wieczorem odkrywam, że jeśli pójść dalej ścieżką od mojego nmiotu, dochodzi się do głównej odnogi Dunaju. Obserwuję zjawiskowy zachód słońca.

Image

Image

Wstaję bardzo wcześnie i we mgle pakuję zupełnie mokry namiot. Potem w ciemności idę w stronę wioski, by wsiąść na łódź do Kryszania. Ciemność nocy znika gdzieś za zasłoną porannych mgieł okrywających gęstą poduchą wody rzeki i przybrzeżne szuwary. Słońce znaczy swą obecność różową psychodeliczną poświatą na niebie. Świat jest nierealny, niewyraźny i niewyobrażalnie piękny. Ciemne kontury dwóch rybaków niczym senne majaki wyłaniają się z tej mgły. Stoją nieruchomo na łodzi jak posągi bezsennych bohaterów. Mgła osiada na włosach, wnika w ubranie, chowa się przed słońcem, które niedługo i tak wysuszy wszystko na wiór.

CRISAN

Kryszań jest długą wioską ciągnącą się wzdłuż jednego szerokiego deptaka na prawym brzegu głównego koryta rzeki. Domy stoją zagroda przy zagrodzie, każda zagroda ma swój kawałek nabrzeża z pomostem. Z jednego końca na drugi idzie się około godzinę. Wschodni kres wioski to błotniste pastwisko równomiernie upstrzone naniesionymi przez rzekę śmieciami. Zachodni koniec - to ślepa uliczka z całkiem sympatycznym, nieco bezpańskim nabrzeżem.

Jak teraz patrzę na google maps, to widzę, że jest jedna droga, którą da się wydostać poza tę klaustrofobiczną szeregową zabudowę na pola. Wtedy jednak czułem się jak w potrzasku - i żałowałem, że nie zostałem w Mili 23, w której było o wiele ładniej. Podobnie jak w Mili, nikt w Kryszaniu nie wpadł na pomysł, by serwować przyjezdnym świeżą rybkę. Owszem, jest kilka restauracyjek przy pensjonatach i hotelikach, ale obsługują one jedynie swoich własnych gości. Ups, sorry, jest jedna zwykła restauracja, w której kelner od drzwi informuje, że jedzenia nie ma. Następnie z poważną miną prezentuje jadłospis, a raczej trunkospis. Gdy już wybierzesz odpowiedni napitek, zostajesz poinformowany, że spudłowałeś i tak naprawdę to są tylko dwa piwa butelkowe i jedno lane. Wziąłem lane, było bardzo dobre, mętne, białe, pszeniczne, niemieckie. Po godzinie wróciłem na następne. Trzeciego już nie dostałem. Skończyła się beczka.

Kryszań to zderzenie dwóch światów. Z jednej strony - nowe wypasione pensjonaty serwujące full service dla swoich gości, z drugiej - dawni mieszkańcy, powoli opuszczający Deltę: stopniowo wyjeżdżają ku łatwiejszemu życiu, umierają, sprzedają domy. Jest tu sporo domów na sprzedaż. Może to właśnie jest pomysł na życie i biznes - kupić gospodarstwo w Delcie, lekko je odnowić i zrobić hostel z kuchnią otwartą dla gości z zewnątrz? Wystarczy zupki chińskie zalewać tranem i serwować jako zupę rybną - złoty interes!

W jednym z pensjonatów zagaduję o ceny noclegów. 60 lei sam pokój, z wyżywieniem - 150. Właścicielka dobrze wie, że nocleg nie musi być bardzo drogi, bo i tak zarobi na posiłkach. Postanawiam kontestować rzeczywistość. Kupuję wielkiego arbuza od gospodarza, który ma ich cały stos i rozbijam sobie namiot w labiryncie krzewów tamaryszku na peryferiach Kryszania.

Image
Pamiętacie ulotkę z Nessebaru? Tę o selfie? Rozmyślam sobie o niej w kontekście Delty. Czy naprawdę tu jestem, czy mi się wydaje? Czy liczy się ta wizyta, jeśli nie wynająłem łodzi motorowej i nie zrobiłem sobie selfie z kormoranem? Całodniowy rejs łodzią jest przecież obowiązkowym punktem wyjazdu w Deltę. Koszt takiej wyprawy to wedle różnych relacji od 50 do stu euro za osobę. Jak masz szczęście albo namiary na dobrego przewodnika, to będzie to niezapomniane przeżycie i trafisz w miejsca magiczne. Jak szczęście ci nie dopisze, to... no cóż, popływasz sobie łódką.

Deltę dobrze jest odwiedzić w kilka osób - wtedy koszta lepiej się rozkładają. Na pewno jeszcze tu wrócę w dobrze dobranym gronie.

Nazajutrz rano wracam do Tulczy. Tym razem płynę katamaranem. Rejs trwa szybciej, ale nie ma odkrytego pokładu. Jem wreszcie przyzwoity posiłek, kupuję w kasie bilet do Konstancji, czekam kilka minut i rozsiadam się w busie, który zatrzymuje się na moim stanowisku. Kierowca liczy pasażerów, porównuje liczbę z kartką, którą dostał z kasy, liczy jeszcze raz. Parę razy się o coś pyta. Z całego pytania rozumiem tylko “Constanta” - czyli pyta, czy na pewno wszyscy jadą do Konstancji. Siedzę spokojnie, ale nagle postanawiam się upewnić, czy wszystko gra. No bo coś ewidentnie tu jednak nie gra. Pytam siedzącej obok pani, czy na pewno jest to bus do Konstancji... i oczywiście okazuje się że nie. Ten jedzie do Iasi, a mój podjedzie za chwilę. Kierowca dopytywał, czy przypadkiem nikt jadący do Konstancji nie siedzi w pojeździe, bo mu się liczba pasażerów nie zgadza. Tak oto rzutem na taśmę udało mi się uniknąć komplikacji.

KONSTANCJA

Melduję się w hotelu Ioana kilka minut od dworca kolejowego. Zamawiałem go na bookingu, kosztował 30 euro razem ze śniadaniem. Pokój na drugim piętrze i spore konserwatorium. W tym drugim pomieszczeniu rozwieszam zupełnie mokry namiot i pranie, które w końcu mam okazję sobie zrobić. Idę na dworzec autobusowy, robię rozeznanie w temacie jutrzejszego transportu do Bułgarii. Tak jak pisałem wcześniej, internetowy rozkład autogari.ro roi się od błędów. Okazuje się, że nie mamy szczególnego wyboru. Jeśli nie pojedziemy o 10 rano, to dopiero późnym popołudniem będzie kolejna opcja - autobus do Istambułu przez Warnę. Z dwóch nie odpowiadających nam opcji wybieram tę wcześniejszą i kupuję dwa bilety na dziesiątą rano. Potem jadę na lotnisko, odebrać moją ukochaną. Kończy się drugi turnus mojej wyprawy, a zaczyna trzeci, w którym znów nie będę sam.
Na lotnisku trochę się wyróżniam wśród oczekujących - mam skarpetki nie do pary i szorty kąpielowe. No cóż... tak bywa w podróży.

Taksówkarz namawia nas na pojechanie z nim do Konstancji za jedyne 80 lei. Tłumaczy, że to dobra cena i zgodna z cennikiem (lotnisko jest 25 km od miasta), że będzie szybciej (prawda bezdyskusyjna), że autobus zawiezie nas na inny dworzec niż chcemy (Tomis III - rzeczywiście mogłoby tak się stać, ale się nie stanie). Na to ja spokojnie wyjaśniam, że w sumie nam się nie spieszy i nie mam ochoty płacić 80 lei, skoro godzinę temu przyjechałem na lotnisko autobusem za ósemkę. I jeszcze dodaję, że ten autobus jeździ na głowny dworzec, więc no worries.
-No dobrze, a ile możecie zapłacić?
-Dwadzieścia.
Kierowca patrzy, jakbym mu matkę obraził.
-My naprawdę nie potrzebujemy taksówki, a ty i tak jedziesz na pusto.
-No i pojadę sam. - Odcina się taksiarz i odjeżdża, a my za 10 minut wsiadamy w autobus, który najpierw jedzie do pobliskiego Mihail Kogalniceanu, potem trochę tam stoi, następnie ponownie zajeżdża na lotnisko i wreszcie rusza w stronę Konstancji.


Turnus trzeci, czyli znów Bułgaria.

CZAJKA, WARNA, DEVNYA


Dzień kolejny. Autobus do Warny okazuje się małym busem z miejscem dla ośmiu ciasno upakowanych pasażerów. Oprócz nas jadą nim jeszcze dwie Niemki, starsze małżeństwo z Australii i jakieś osoby wsiadające i wysiadające po drodze. Zaletą takiego kameralnego transportu jest to, że kierowca dowiaduje się, gdzie konktretnie jadą poszczególni pasażerowie i zatrzymuje się w najbardziej dogodnych miejscach.

Australijczycy wysiadają w Balcziku. Nasz kochany Balczik. Byliśmy tu parę lat temu i przezwaliśmy go Hollywoodem Bułgarii - a to ze względu na wypisaną cyrylicą nazwę, górującą nad miasteczkiem w hollywoodzkim stylu. Jedziemy dalej. Wysiadamy na szosie obok Czajki za Złotymi Piaskami. Teraz jeszcze banalne dwadzieścia minut spaceru w niemożebnie upalnym słońcu i meldujemy się w hotelu Bellevue. Rezerwacja z promocji Hotwire. Cicho, spokojnie, śniadanie w formie bufetu.

Udajemy się na poszukiwanie plaży... i cacy. Plażę (z pewnymi problemami) odnajdujemy, bar posiada, ale cacy nie ma. Są byczki. Też dobre. Sama plaża daje swoim wyglądem świadectwo tego, że w konfrontacji natury i betonu zawsze ostatecznie wygrywa ten pierwszy żywioł.

Image

Cacę i wiele innych przysmaków odnajdujemy w drodze powrotnej. Lokal nazywa się bodaj Restauracja Rybna i znajduje się na skrzyżowaniu ulicy schodzącej w dół z ulicą biegnącą równolegle do morza. Tuż nad przystankiem autobusowym, naprzeciw hotelu Zaria i Międzynarowego Domu Dziennikarza. Tak dokładnie opisuję, bo naprawdę warto tam zajść. Znakomite miejsce, jedno z niewielu czynnych w tym zwijającym się już po sezonie kurorcie. Cecha charakterystyczna - na zewnątrz są ulotki z jadłospisem po angielsku, bułgarsku i rosyjsku. Nad stolikami wiszą wielkie kiście winogron, a pod nogami kręcą się koty. Obsługuje bardzo sympatyczna starsza pani. Na pożegnanie dostajemy od niej po cukierku czekoladowym.

Image

W drodze powrotnej do hotelu przechodzimy obok hotelu Detelina. Zainteresowałem się nim, bo ten hotel też był w Secret Deals serwisu Hotwire. Jestem bardzo zadowolony z tego, że wylosował się nam jednak Bellevue. W Detelinie trwa impreza dla gości all inclusive. Hotel ma godny pozazdroszczenia sprzęt nagłaśniający. Już w sporej odległości nogawki zaczynają mi podrygiwać w rytm bitów przeboju “Bania u Cygana”. Potem widzę, jak sporej długości wąż złożony z hotelowych gości okrąża basen i wkracza do recepcji przy akompaniamencie... a jakże! Rysia Rynkowskiego. Za chwilę wąż wyłania się na zewnątrz innymi drzwiami. W myślach życzymy wszystkim dobrej zabawy i oddalamy się do swojego hotelu.

Następnego dnia wsiadamy w autobus podmiejski (bilet z Czajki do Warny bodaj 2.5 lewa). Jak się okazuje, możemy nim dojechać aż do dworca autobusowego. Następnie przesiadamy się w autobus podmiejski do miejscowości Devnya. Jest tam muzeum mozaik, które chcemy odwiedzić. Muzeum znalazłem na mapce, którą kupiłem dziesięć dni wcześniej w Bansku.

Image

Muzeum znajduje się w miejscu, w którym stała rzymska willa z III wieku n.e. Zachowało się kilka znakomitych mozaik podłogowych oraz fundamenty budynku, który mial 21 pokoi i wewnętrzne podwórze ze studnią. Mozaiki trochę blakną i nie są tak wyraźne jak chyba nieco podretuszowane fotografie, jakie znaleźć można w internecie (jak ta powyżej), ale mają swój urok. Spędzamy w muzeum godzinę. Nie po raz pierwszy okazuje się, że to, co zamazane, nie do końca widoczne, zanikające, może zafascynować, pobudzić wyobraźnię i skłonić do zadumy. Jeśli ktoś interesuje się historią, archeologią lub sztuką i spędza wakacje w Warnie lub okolicy, to zdecydowanie warto wybrać się na wycieczkę do Devnyi. Zastrzegam jednak, że Volubilis to to nie jest. Jeśli natomiast kogoś takie atrakcje nie bawią, to lepiej sobie skoczyć do delfinarium.

Image

W Warnie mamy godzinę do autobusu, więc zachodzimy do dworcowej restauracji na pierwszym piętrze. Wspaniała bakława! Mak, orzechy, syrop - wszystko doskonałe. Wcinam dwie porcje. Sałatki też niczego sobie. Czy mi się wydaje, czy ja w kółko nawijam o jedzeniu? Obiecuję, że więcej nie będę. Już ani słowa o cacy i o małżach smażonych nad ogniskiem. Zresztą czas się streszczać i kończyć tę relację. Jeśli ktoś wytrwał do tej pory, to serdecznie gratuluję i składam wyrazy szacunku.

Image

Wieczorem wykonujemy check-in na naszej plaży. Tej samej, z której wyjechałem z chłopakami jakieś dwa tygodnie temu. Spędzimy tutaj trzy dni. Kupimy sobie gumowego delfina i w ogóle będzie superro. Potem pojedziemy do Sozopola, by w końcu udać się do Sofii, o mały włos nie utknąć na lotnisku i ostatecznie odlecieć przez Dortmund do Wrocławia. Przez tydzień będziemy słyszeć, że jesteśmy ładnie opaleni i że włosy nam pojaśniały. Miesiąc zajmie mi napisanie relacji. Pół roku będę się zapierał, że następny wrzesień chcę spędzić gdzie indziej, a za rok pewnie znów postawimy namiot na naszej dzikiej plaży.

Image

Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (26)

popcarol 27 października 2015 09:45 Odpowiedz
Fajnie się Ciebie czyta:)
krystoferson112 27 października 2015 15:58 Odpowiedz
nie ma fety, gdyż feta tylko w Grecji lub z Grecji... UNIA NASZA KOCHANA...
krystoferson112 27 października 2015 15:58 Odpowiedz
nie ma fety, gdyż feta tylko w Grecji lub z Grecji... ;) UNIA NASZA KOCHANA...Bardzo fajna relacja.
frant-skonopi 27 października 2015 17:06 Odpowiedz
Konczeto nie jest takie trudne.Chociaż kto wie. Od mojej tam wizyty minęło...39 lat...:-). Wtedy z 30 kilogramowymi plecakami,wodą,paliwem,żarciem,materacami (karimat nie było) namiotem (6kg). Na Konczeto spaliśmy w takiej "skrzyni na pomarańcze". Nie wiem czy jeszcze tam jest. Bułgarskie góry każdemu polecam. Mimo, że zapewne są już nacznie bardziej cywilizowane niż wtedy.
frant-skonopi 27 października 2015 17:06 Odpowiedz
Konczeto nie jest takie trudne.Chociaż kto wie. Od mojej tam wizyty minęło...39 lat... :-). Wtedy z 30 kilogramowymi plecakami,wodą,paliwem,żarciem,materacami (karimat nie było) namiotem (6kg). Na Konczeto spaliśmy w takiej "skrzyni na pomarańcze". Nie wiem czy jeszcze tam jest. Bułgarskie góry każdemu polecam. Mimo, że zapewne są już nacznie bardziej cywilizowane niż wtedy.
arturro 27 października 2015 20:46 Odpowiedz
frant-skonopiKonczeto...
Nie bylismy na tej trasie, więc nie wiem - ale słyszałem że w deszczu bywa ostro. Wg mapy jest na Konczeto schron na wysokości 2760, są duże szanse, że to Twoja "skrzynia". Przechodziliśmy koło podobnego schronu Kazana. Oj malutkie to, malutkie - tylko na sytuacje awaryjne. Jak myślę o tych wyprawach sprzed lat, bez goreteksów, gpsów i superleciutkich namiotów, to... no pure respect! Teraz człowiek stęka, że musi przejść z 10 kg bagażem od schroniska do schroniska. Przypuszczam, że góry są bardziej "cywilizowane" niż przed latami, ale (poza Wichren) nie spotykaliśmy wielu ludzi i nadal jest się bardzo blisko dzikiej przyrody.
statesman 28 października 2015 11:57 Odpowiedz
Caca jest jak najbardziej do kupienia u nas :) np w Helu, przy głównym wejściu na dużą plażę
statesman 28 października 2015 11:57 Odpowiedz
Caca jest jak najbardziej do kupienia u nas :) np w Helu, przy głównym wejściu na dużą plażę
arturro 28 października 2015 13:04 Odpowiedz
Noooo.... to jest WIADOMOŚĆ MIESIĄCA! Od dzisiaj latam przez Gdańsk:)Poproszę o więcej danych:-Do kupienia tylko w sezonie, czy cały rok?-Rozumiem, że to już gotowa caca? Możliwość kupienia surowej szprotki - to byłby cud.-Wiela za porcyjkę?Pozdro!
cypel 28 października 2015 13:32 Odpowiedz
arturro napisał:Wiele źródeł (m.in. anglojęzyczne wesje menu w barach i restauracjach) podaje, że są to szprotki, jednak rybki te są nieco mniejsze od znanych nam z osiedlowego supersamu wędzonych szprotek. Niektórzy twierdzą, że to sardynki - ale wynika to zapewne z tego, że szprot bywa nazywany sardynką norweską (tak, przeczytałem o tym na wikipedii). Caca jest niezwykle popularna w Bułgarii i ponoć też w Chorwacji. Nie potrafię zrozumieć - i nie jestem w tym odosobniony - dlaczego w Polsce nie można kupić surowych szprotek, które w stanie żywym radośnie pluskają sobie w naszym Bałtyku.Cacata to po polsku po prostu szprot (łac. Sprattus sprattus), szproty należą do śledziowatych tak samo jak sardynki europejskie, a w Polsce w mowie potocznej na szproty i sardynki europejskie (łac. Sardina pilchardus) mówi się sardynki.Nie ma czegoś takiego jak sardynki, jest szprot albo sardynka europejska, one się różnią.Żeby było śmieszniej to po angielsku szprot nazywany jest szprotem europejskim ;)W Polsce można kupić szprota, sęk w tym, że mały szprot poniżej 11 cm jest poławiany głównie do celów paszowych, więc do handlu trafiają większe szproty (w zasadzie 12, 13 centymetrowe), nie tak małe jak w Bułgarii.Swoją drogą polska flota poławia najwięcej szprota na akwenie Bałtyku z wszystkich krajów.Poniżej mapki występowania sardynki europejskiej i szprota
arturro 28 października 2015 13:48 Odpowiedz
@cypel , widzę że Twój awatar (jak i nick) mocno odzwierciedlają zainteresowania. Dzięki za rozjaśnienie tematu.Caca na paszę... skandal ;)
higflyer 29 października 2015 16:25 Odpowiedz
Rybki jedliście z głowami i płetwami?
higflyer 29 października 2015 16:25 Odpowiedz
Rybki jedliście z głowami i płetwami? -- 29 Paź 2015 17:42 -- PS. Może dlatego w Polsce nie je się tych najmniejszych rybek, że trudno oddzielić głowę i niejadalne części od reszty.
arturro 29 października 2015 17:33 Odpowiedz
:) No pewnie że w całości. Tam nie ma "niejadalnych części". Płetwy ledwo widać. Faktycznie nasze lokalne przesądy mogą być czynnikiem decydującym.Kierunek, w jakim zmierza nasza dyskusja, potwierdza moją tezę, że caca to jedna z największych atrakcji turystycznych Bułgarii.
arturro 31 października 2015 02:21 Odpowiedz
CRISANKryszań jest długą wioską ciągnącą się wzdłuż jednego szerokiego deptaka na prawym brzegu głównego koryta rzeki. Domy stoją zagroda przy zagrodzie, każda zagroda ma swój kawałek nabrzeża z pomostem. Z jednego końca na drugi idzie się około godzinę. Wschodni kres wioski to błotniste pastwisko równomiernie upstrzone naniesionymi przez rzekę śmieciami. Zachodni koniec - to ślepa uliczka z całkiem sympatycznym, nieco bezpańskim nabrzeżem.Jak teraz patrzę na google maps, to widzę, że jest jedna droga, którą da się wydostać poza tę klaustrofobiczną szeregową zabudowę na pola. Wtedy jednak czułem się jak w potrzasku - i żałowałem, że nie zostałem w Mili 23, w której było o wiele ładniej. Podobnie jak w Mili, nikt w Kryszaniu nie wpadł na pomysł, by serwować przyjezdnym świeżą rybkę. Owszem, jest kilka restauracyjek przy pensjonatach i hotelikach, ale obsługują one jedynie swoich własnych gości. Ups, sorry, jest jedna zwykła restauracja, w której kelner od drzwi informuje, że jedzenia nie ma. Następnie z poważną miną prezentuje jadłospis, a raczej trunkospis. Gdy już wybierzesz odpowiedni napitek, zostajesz poinformowany, że spudłowałeś i tak naprawdę to są tylko dwa piwa butelkowe i jedno lane. Wziąłem lane, było bardzo dobre, mętne, białe, pszeniczne, niemieckie. Po godzinie wróciłem na następne. Trzeciego już nie dostałem. Skończyła się beczka.Kryszań to zderzenie dwóch światów. Z jednej strony - nowe wypasione pensjonaty serwujące full service dla swoich gości, z drugiej - dawni mieszkańcy, powoli opuszczający Deltę: stopniowo wyjeżdżają ku łatwiejszemu życiu, umierają, sprzedają domy. Jest tu sporo domów na sprzedaż. Może to właśnie jest pomysł na życie i biznes - kupić gospodarstwo w Delcie, lekko je odnowić i zrobić hostel z kuchnią otwartą dla gości z zewnątrz? Wystarczy zupki chińskie zalewać tranem i serwować jako zupę rybną - złoty interes!W jednym z pensjonatów zagaduję o ceny noclegów. 60 lei sam pokój, z wyżywieniem - 150. Właścicielka dobrze wie, że nocleg nie musi być bardzo drogi, bo i tak zarobi na posiłkach. Postanawiam kontestować rzeczywistość. Kupuję wielkiego arbuza od gospodarza, który ma ich cały stos i rozbijam sobie namiot w labiryncie krzewów tamaryszku na peryferiach Kryszania.Pamiętacie ulotkę z Nessebaru? Tę o selfie? Rozmyślam sobie o niej w kontekście Delty. Czy naprawdę tu jestem, czy mi się wydaje? Czy liczy się ta wizyta, jeśli nie wynająłem łodzi motorowej i nie zrobiłem sobie selfie z kormoranem? Całodniowy rejs łodzią jest przecież obowiązkowym punktem wyjazdu w Deltę. Koszt takiej wyprawy to wedle różnych relacji od 50 do stu euro za osobę. Jak masz szczęście albo namiary na dobrego przewodnika, to będzie to niezapomniane przeżycie i trafisz w miejsca magiczne. Jak szczęście ci nie dopisze, to... no cóż, popływasz sobie łódką.Deltę dobrze jest odwiedzić w kilka osób - wtedy koszta lepiej się rozkładają. Na pewno jeszcze tu wrócę w dobrze dobranym gronie.Nazajutrz rano wracam do Tulczy. Tym razem płynę katamaranem. Rejs trwa szybciej, ale nie ma odkrytego pokładu. Jem wreszcie przyzwoity posiłek, kupuję w kasie bilet do Konstancji, czekam kilka minut i rozsiadam się w busie, który zatrzymuje się na moim stanowisku. Kierowca liczy pasażerów, porównuje liczbę z kartką, którą dostał z kasy, liczy jeszcze raz. Parę razy się o coś pyta. Z całego pytania rozumiem tylko “Constanta” - czyli pyta, czy na pewno wszyscy jadą do Konstancji. Siedzę spokojnie, ale nagle postanawiam się upewnić, czy wszystko gra. No bo coś ewidentnie tu jednak nie gra. Pytam siedzącej obok pani, czy na pewno jest to bus do Konstancji... i oczywiście okazuje się że nie. Ten jedzie do Iasi, a mój podjedzie za chwilę. Kierowca dopytywał, czy przypadkiem nikt jadący do Konstancji nie siedzi w pojeździe, bo mu się liczba pasażerów nie zgadza. Tak oto rzutem na taśmę udało mi się uniknąć komplikacji.KONSTANCJAMelduję się w hotelu Ioana kilka minut od dworca kolejowego. Zamawiałem go na bookingu, kosztował 30 euro razem ze śniadaniem. Pokój na drugim piętrze i spore konserwatorium. W tym drugim pomieszczeniu rozwieszam zupełnie mokry namiot i pranie, które w końcu mam okazję sobie zrobić. Idę na dworzec autobusowy, robię rozeznanie w temacie jutrzejszego transportu do Bułgarii. Tak jak pisałem wcześniej, internetowy rozkład autogari.ro roi się od błędów. Okazuje się, że nie mamy szczególnego wyboru. Jeśli nie pojedziemy o 10 rano, to dopiero późnym popołudniem będzie kolejna opcja - autobus do Istambułu przez Warnę. Z dwóch nie odpowiadających nam opcji wybieram tę wcześniejszą i kupuję dwa bilety na dziesiątą rano. Potem jadę na lotnisko, odebrać moją ukochaną. Kończy się drugi turnus mojej wyprawy, a zaczyna trzeci, w którym znów nie będę sam.Na lotnisku trochę się wyróżniam wśród oczekujących - mam skarpetki nie do pary i szorty kąpielowe. No cóż... tak bywa w podróży. Taksówkarz namawia nas na pojechanie z nim do Konstancji za jedyne 80 lei. Tłumaczy, że to dobra cena i zgodna z cennikiem (lotnisko jest 25 km od miasta), że będzie szybciej (prawda bezdyskusyjna), że autobus zawiezie nas na inny dworzec niż chcemy (Tomis III - rzeczywiście mogłoby tak się stać, ale się nie stanie). Na to ja spokojnie wyjaśniam, że w sumie nam się nie spieszy i nie mam ochoty płacić 80 lei, skoro godzinę temu przyjechałem na lotnisko autobusem za ósemkę. I jeszcze dodaję, że ten autobus jeździ na głowny dworzec, więc no worries.-No dobrze, a ile możecie zapłacić?-Dwadzieścia.Kierowca patrzy, jakbym mu matkę obraził.-My naprawdę nie potrzebujemy taksówki, a ty i tak jedziesz na pusto.-No i pojadę sam. - Odcina się taksiarz i odjeżdża, a my za 10 minut wsiadamy w autobus, który najpierw jedzie do pobliskiego Mihail Kogalniceanu, potem trochę tam stoi, następnie ponownie zajeżdża na lotnisko i wreszcie rusza w stronę Konstancji.Turnus trzeci, czyli znów Bułgaria.CZAJKA, WARNA, DEVNYADzień kolejny. Autobus do Warny okazuje się małym busem z miejscem dla ośmiu ciasno upakowanych pasażerów. Oprócz nas jadą nim jeszcze dwie Niemki, starsze małżeństwo z Australii i jakieś osoby wsiadające i wysiadające po drodze. Zaletą takiego kameralnego transportu jest to, że kierowca dowiaduje się, gdzie konktretnie jadą poszczególni pasażerowie i zatrzymuje się w najbardziej dogodnych miejscach.Australijczycy wysiadają w Balcziku. Nasz kochany Balczik. Byliśmy tu parę lat temu i przezwaliśmy go Hollywoodem Bułgarii - a to ze względu na wypisaną cyrylicą nazwę, górującą nad miasteczkiem w hollywoodzkim stylu. Jedziemy dalej. Wysiadamy na szosie obok Czajki za Złotymi Piaskami. Teraz jeszcze banalne dwadzieścia minut spaceru w niemożebnie upalnym słońcu i meldujemy się w hotelu Bellevue. Rezerwacja z promocji Hotwire. Cicho, spokojnie, śniadanie w formie bufetu.Udajemy się na poszukiwanie plaży... i cacy. Plażę (z pewnymi problemami) odnajdujemy, bar posiada, ale cacy nie ma. Są byczki. Też dobre. Cacę i wiele innych przysmaków odnajdujemy w drodze powrotnej. Lokal nazywa się bodaj Restauracja Rybna i znajduje się na skrzyżowaniu ulicy schodzącej w dół z ulicą biegnącą równolegle do morza. Tuż nad przystankiem autobusowym, naprzeciw hotelu Zaria i Międzynarowego Domu Dziennikarza. Tak dokładnie opisuję, bo naprawdę warto tam zajść. Znakomite miejsce, jedno z niewielu czynnych w tym zwijającym się już po sezonie kurorcie. Cecha charakterystyczna - na zewnątrz są ulotki z jadłospisem po angielsku, bułgarsku i rosyjsku. Nad stolikami wiszą wielkie kiście winogron, a pod nogami kręcą się koty. Obsługuje bardzo sympatyczna starsza pani. Na pożegnanie dostajemy od niej po cukierku czekoladowym.W drodze powrotnej do hotelu przechodzimy obok hotelu Detelina. Zainteresowałem się nim, bo ten hotel też był w Secret Deals serwisu Hotwire. Jestem bardzo zadowolony z tego, że wylosował się nam jednak Bellevue. W Detelinie trwa impreza dla gości all inclusive. Hotel ma godny pozazdroszczenia sprzęt nagłaśniający. Już w sporej odległości nogawki zaczynają mi podrygiwać w rytm bitów przeboju “Bania u Cygana”. Potem widzę, jak sporej długości wąż złożony z hotelowych gości okrąża basen i wkracza do recepcji przy akompaniamencie... a jakże! Rysia Rynkowskiego. Za chwilę wąż wyłania się na zewnątrz innymi drzwiami. W myślach życzymy wszystkim dobrej zabawy i oddalamy się do swojego hotelu.Następnego dnia wsiadamy w autobus podmiejski (bilet z Czajki do Warny bodaj 2.5 lewa). Jak się okazuje, możemy nim dojechać aż do dworca autobusowego. Następnie przesiadamy się w autobus podmiejski do miejscowości Devnya. Jest tam muzeum mozaik, które chcemy odwiedzić. Muzeum znalazłem na mapce, którą kupiłem dziesięć dni wcześniej w Bansku.Muzeum znajduje się w miejscu, w którym stała rzymska willa z III wieku n.e. Zachowało się kilka znakomitych mozaik podłogowych oraz fundamenty budynku, który mial 21 pokoi i wewnętrzne podwórze ze studnią. Mozaiki trochę blakną i nie są tak wyraźne jak chyba nieco podretuszowane fotografie, jakie znaleźć można w internecie, ale mają swój urok. Spędzamy w muzeum godzinę. Nie po raz pierwszy okazuje się, że to, co zamazane, nie do końca widoczne, zanikające, może zafascynować, pobudzić wyobraźnię i skłonić do zadumy. Jeśli ktoś interesuje się historią, archeologią lub sztuką i spędza wakacje w Warnie lub okolicy, to zdecydowanie warto wybrać się na wycieczkę do Devnyi. Zastrzegam jednak, że Volubilis to to nie jest. Jeśli natomiast kogoś takie atrakcje nie bawią, to lepiej sobie skoczyć do delfinarium.W Warnie mamy godzinę do autobusu, więc zachodzimy do dworcowej restauracji na pierwszym piętrze. Wspaniała bakława! Mak, orzechy, syrop - wszystko doskonałe. Wcinam dwie porcje. Sałatki też niczego sobie. Czy mi się wydaje, czy ja w kółko nawijam o jedzeniu? Obiecuję, że więcej nie będę. Już ani słowa o cacy i o małżach smażonych nad ogniskiem. Zresztą czas się streszczać i kończyć tę relację. Jeśli ktoś wytrwał do tej pory, to serdecznie gratuluję i składam wyrazy szacunku.Wieczorem wykonujemy check-in na naszej plaży. Tej samej, z której wyjechałem z chłopakami jakieś dwa tygodnie temu. Spędzimy tutaj trzy dni. Kupimy sobie gumowego delfina i w ogóle będzie superro. Potem pojedziemy do Sozopola, by w końcu udać się do Sofii, o mały włos nie utknąć na lotnisku i ostatecznie odlecieć przez Dortmund do Wrocławia. Przez tydzień będziemy słyszeć, że jesteśmy ładnie opaleni i że włosy nam pojaśniały. Miesiąc zajmie mi napisanie relacji. Pół roku będę się zapierał, że następny wrzesień chcę spędzić gdzie indziej, a za rok pewnie znów postawimy namiot na naszej dzikiej plaży.
arturro 31 października 2015 22:25 Odpowiedz
Zauważyłem, że wdała się awaria i zdjęcia się nie wyświetlają. Przepraszam, pracuję nad tym. Chwilę to potrwa.
pawo 4 listopada 2015 21:29 Odpowiedz
Super relacja :) uwielbiam takie czytać :)
wojtas-88 5 listopada 2015 06:25 Odpowiedz
Swietna relacja. Mozna sie niezle rozmarzyć. Kiedys tez 2 lata pod rzad bylem w Rumunii i Bulgarii, cudowne kraje. Niestety nie zdecydowalem sie na wycieczke w gory Rila i Pirin. Jedyne co z tamtych rejonow widzielismy, to Monastyr Rilski i Melnik. Pamietam, ze jak jechalismy z Plowdiwu do Melnik przez gory, to widzielismy sympatyczne male kundelki. Wyszlismy z auta pobawic sie z maluchami i je troche poglaskac, podczas gdy matka panicznie wszystkiemu sie przygladala z gory... Teraz juz bym sie nie zdecydowal na to :P Kiedys podczas kupowania jakiegos przewodnika w sklepie internetowym wydawnictwa Bezdroza mozna bylo dobrac sobie jakas pozycja za free. Dobralem "Rila i Pirin - gory Bulgarii z plecakiem", bo pomyslalem, ze napewno kiedys bede chodzic po tych gorac. Kto wie, moze czas najwyzszy zrealizowac to marzenie? :D
arturro 8 listopada 2015 15:53 Odpowiedz
Zarówno Melnik, jak i monastyr były wśród moich pomysłów na tę wycieczkę. Gdybyśmy mieli więcej dni, to pewnie tak byśmy to ułożyli, by zejść w Melniku, który jest znany z obfitości win produkowanych przez mieszkańców.Monastyr Rilski to z kolei jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Bułgarii. Robi wrażenie na zdjęciach, a i wyobraźnię pobudza fakt, że można spędzić noc w murach monastyru. Same góry Riła też są warte kilku dni. Zawsze jest zagwozdka - na co się zdecydować, a co odpuścić, przełożyć na następny raz - o ile przydarzy się następny raz.Jeśli zachęciłem do wyjazdu w te góry, to znakomicie.Pora na małe podumowanie tej przygody z pisaniem relacji.Dziękuję wszystki za polubienia, miłe słowa w komentarzach i za sukcesywnie rosnącą liczbę wyświetleń. Na początku, gdy było tych wejść koło setki, nachodziy mnie wątpliwości, po co mi ten trud pisania - dla samego siebie? Przecież tam byłem, nie muszę sobie tego opisywać. Chyba pisałem dlatego, by jeszcze nie wracać z wakacji, mieć pretekst do przejrzenia zdjęć itp. Czowiek ląduje na ziemi, planuje kolejną podróż i przeszłość staje się jakby mniej ważna, bo to już było. Zapisane staje się pewniejsze, prawdziwsze, bardziej namacalne, można do tego wrócić po latach, coś sobie przypomnieć.Zdaję sobie sprawę, że niektóre z fotek tutaj wrzuconych przeszkadzają w sprawnym czytaniu relacji - bo są za wielkie. Przyznam się, że po kilku wtopach z edyją poszczególnych zdjęć zrozumiałem, że taka edycja jest zajęciem czasochłonnym. Przepraszam zatem za to zaniedbanie - i składam wyrazy uznania dla tych, którzy sprawniej posługują się narzędziami do edycji fotografii.Miałem (i mam nadal) spore wątpliwości, czy nie rozpisuję się za bardzo, czy zbyt daleko nie uciekam w dygresję. Pewnie niektórych taki styl nudzi i zniechęca do dalszego czytania. Przecież nasz czas z gumy nie jest, a treści w necie i świecie jest dużo, bardzo dużo i coraz więcej. Czasami starałem się ograniczać nadmierną wybujałość formy, ale popadałem wtedy w kolejną skrajność skrótowości, co czyniło treść nieciekawą dla mnie samego.Chciałem przekonać się na własnej skórze, jak wygląda proces twórczy w przypadku piasania takiej internetowej realcji z wyprawy - i już wiem. Pewnie to jedyny raz, gdy się tego podjąłem, ale dla samego doświadczenia warto było. Wszystkich czytelników, również tych przyszłych, którzy być może odnajdą ten tekst za kilka miesięcy czy lat, serdecznie pozdrawiam.Dziękuję wreszcie redakcji f4f za to, że przez kilka dni tekst był do znalezienia na głównej stronie oraz za nominację do konkursu na relację miesiąca. Co prawda mam podgląd na wyniki i liczba punkcików nie powoduje uderzenia do głowy mineralnej wody z bąbelkami, ale konkurenci postawili poprzeczkę bardzo wysoko - za sprawą kunsztu literackiego (szczególnie mam na myśli mojego faworyta), atrakcyjnosci tamatu i jakości fotografii. Tym bardziej dziękuję tym Wszytkim, którzy jakieś punkciki zdecydowali się przyznać mojej relacji.A niezecydowanym przypominam, że zabawa trwa jeszcze dwa dni ;)
mathew77 2 lutego 2016 00:04 Odpowiedz
[quote="Wojtas_88"]Swietna relacja. Mozna sie niezle rozmarzyć. Kiedys tez 2 lata pod rzad bylem w Rumunii i Bulgarii, cudowne kraje. Niestety nie zdecydowalem sie na wycieczke w gory Rila i Pirin. Jedyne co z tamtych rejonow widzielismy, to Monastyr Rilski i Melnik. Pamietam, ze jak jechalismy z Plowdiwu do Melnik przez gory, to widzielismy sympatyczne male kundelki. Wyszlismy z auta pobawic sie z maluchami i je troche poglaskac, podczas gdy matka panicznie wszystkiemu sie przygladala z gory... Teraz juz bym sie nie zdecydowal na to :P Kiedys podczas kupowania jakiegos przewodnika w sklepie internetowym wydawnictwa Bezdroza mozna bylo dobrac sobie jakas pozycja za free. Dobralem "Rila i Pirin - gory Bulgarii z plecakiem", bo pomyslalem, ze napewno kiedys bede chodzic po tych gorac. Kto wie, moze czas najwyzszy zrealizowac to marzenie? :D[/quoteW Melniku bede w marcu i co bys polecil ;) Widziales skalne piramidy oraz ruiny twierdzy Aleksiego Slowianina?
wojtas-88 13 lutego 2016 09:22 Odpowiedz
mathew77 napisał:Wojtas_88 napisał:Swietna relacja. Mozna sie niezle rozmarzyć. Kiedys tez 2 lata pod rzad bylem w Rumunii i Bulgarii, cudowne kraje. Niestety nie zdecydowalem sie na wycieczke w gory Rila i Pirin. Jedyne co z tamtych rejonow widzielismy, to Monastyr Rilski i Melnik. Pamietam, ze jak jechalismy z Plowdiwu do Melnik przez gory, to widzielismy sympatyczne male kundelki. Wyszlismy z auta pobawic sie z maluchami i je troche poglaskac, podczas gdy matka panicznie wszystkiemu sie przygladala z gory... Teraz juz bym sie nie zdecydowal na to :P Kiedys podczas kupowania jakiegos przewodnika w sklepie internetowym wydawnictwa Bezdroza mozna bylo dobrac sobie jakas pozycja za free. Dobralem "Rila i Pirin - gory Bulgarii z plecakiem", bo pomyslalem, ze napewno kiedys bede chodzic po tych gorac. Kto wie, moze czas najwyzszy zrealizowac to marzenie? :DW Melniku bede w marcu i co bys polecil ;) Widziales skalne piramidy oraz ruiny twierdzy Aleksiego Slowianina?Twierdzy nie widziałem. W Melnik byłem bardzo krótko, więc tylko spacer po mieście i obowiązkowo wspinaczka na piramidy. Są tuż obok i dosłownie wyrastają z miasta. Droga jest bardzo prosta. Na szczytach robi się wąsko ;)Wygląda to mniej więcej tak: Szczerze polecam. Żałuję, że nie posiedziałem dłużej w tym przepięknym mieście.
arturro 13 lutego 2016 13:45 Odpowiedz
Przed chwilą w Bangkoku na targu widziałem coś, co bardzo przypomina smażoną cacę. Oszaleję!
arturro 8 marca 2016 03:13 Odpowiedz
jeśli jest problem z wyświetlaniem fotografii na blogu (czasem jest, czasem wszystko działa sprawnie), to zachęcam do przeczytania / obejrzenia tej samej relacji na forum: http://www.fly4free.pl/forum/z-bulgarii-do-bulgarii-przez-delte-dunaju,1512,81506
arturro 8 marca 2016 03:13 Odpowiedz
jeśli jest problem z wyświetlaniem fotografii na blogu (czasem jest, czasem wszystko działa sprawnie), to zachęcam do przeczytania / obejrzenia tej samej relacji na forum: z-bulgarii-do-bulgarii-przez-delte-dunaju,1512,81506
czesuaf 30 grudnia 2016 14:03 Odpowiedz
Super relacja, fajnie się czytało. Pochodzę z Bułgarii i taki nostalgiczny nastrój mi zrobiłeś :D Z moich doświadczeń wiem, że nad Bałtykiem szprotki nie równają się cacy ;) caca ma coś w sobie takiego, że... No po prostu wydaje mi się, że Bułgarska nie ma sobie równych. Idąc dalej ścieżką kulinarną (bo za to kocham Bułgarię najbardziej :D ), widzę, że baklave jadłeś, ale próbowałeś może (w sumie opisze szerzej, jakby ktoś się wybierał do bułgarii i nie wiedział co szamać. Moje subiektywne top bułgarskie) : - banica - hmm ciężko opisać... Taki jakby specjalny placek z serem feta najbardzije upraszczając, ale jest niesamowicie smaczny (i tłusty), - tutmanik - takie jakby serowe napuchnięte ciasto, które się szarpie i je dużymi kawałami, - tarator (taki jakby chłodnik? Ale ja chłodniku nie lubię, a tarator uwielbiam. Taka jakby chłodna zupka ogórkowa jogurtowo-rozwodniona z czosnkiem, małą ilością orzechów i koperku),- łukankę - taki rodzaj mięsa... wygląda jak podłużne salami ale zupełnie nie salami. - kavarma - w garneczku (glinianym? nie znam się) podaje się. Mix mięsa z warzywami i taką ciapką- no i szopska sałata my big love, do każdego obiadu- chałwa bułgarska też robi robotę ;)- dobrej jakości sery żółte i feta też super- BUZA warto spróbować! Odwołam się do wikipedii, bo ja nie mam pojęcia jak to opisać: https://pl.wikipedia.org/wiki/Boza . To jest tak, że za pierwszym razem smakuje ochydnie, ale potem wraz z piciem staje się coraz lepsze. To nie żart. Polacy zazwyczaj mówią, że ochydne i rezygnują :D i inne: bułgarska musaka, pulnena chushka (taka papryka zapychana, jak ta co jadłeś na ognisku), "smażona papryka", kebabche. No i dodatek "jak" sos: ljutenica! Ja mam z 30 słoików w domu, haha.Ale rozumiem też, że nie wszyscy muszą lubić to co ja. Dla mnie np. najlepsza jest banica, ale moim znajomym z Polski nie przypadła do gustu. Tylko, że no... To nie byli ludzie, którzy lubią nowe i inne smaki tak jak jaTrochę Ci zaspamowałem, ale lubię dyskutować o kuchnii, przepraszam :oops:
arturro 1 stycznia 2017 21:37 Odpowiedz
Dzięki za obszerny komentarz! Fajnie, że ktoś zagląda jeszcze do nieco starszych relacji:) Tekst spokojnie odnieść można do roku 2016, 2014, 2013... ciągnie mnie do tej Bułgarii. Z wymienionych przysmaków znam wszystko oprócz tutmanika (choć może się jadło bez świadomości nazwy) i kavarmy. Boza daje radę! Taki napój zbożowy, trochę chropowaty w smaku, nieco kwaśny. Łukanka jest wśród wędlin arcydziełem. Bogactwo serów w byle sklepie spożywczym zwala z nóg. Tarator uwielbiam, ale lubię też szkembe (flaczki). Warto dodać do listy jeszcze kebabczety: małe i tanie kebabiki, czasem do dostania na ciepło nawet w supermarkecie. Szopska jest bardzo dobra, ale dawno temu wmówiono we mnie, że nie łączy się ogórków z pomidorem - no i stąd zawsze lekki niepokój towarzyszy konsumpcji tej sałatki :D Warzywa bułgarskie są znakomite. Taaakie domaty!A co do cacy, to taka historyjka. Ostatnio w Sofii ucieszyłem się, widząc w supermarkecie cacę na wagę. Niestety, okazała się być prze-o-hyd-na. Zatem caca tylko nad morzem, świeżo smażona.